Hi guys, here are the last news

 last update:  Aug 26th 2018 12:14 pm CEST
 location:   Krakow, Poland
     next:   Paris, France
 last picture:  Rovinj, Croatia
 last article:  language.pl Geologiczno-sportowa przygoda w Wielkim Kanionie Kolorado


Follow us on social media to stay up to date

 

Blog

Geologiczno-sportowa przygoda w Wielkim Kanionie Kolorado

cover.jpg
Wielki Kanion to niemal symbol Stanów Zjednoczonych, dziki zachód w czystej postaci, jedna z niewielu formacji naturalnych widoczna z kosmosu. Wielki Kanion jest oczywiście wielki, więc wydawało mi się, że potrzeba proporcjonalnie wiele czasu, żeby go dobrze zwiedzić. A tymczasem, zapomniałam, że jesteśmy w Ameryce, gdzie panuje kultura "drive thru". Wielki Kanion można zatem zwiedzić w jeden dzień a nawet w kilka godzin.

Wielki Kanion (South Rim) na szybko

GC1.jpg

Na południowym brzegu kanionu epicentrum wszelkiej aktywności to Canyon Village, które jest oddalone od wschodniej bramy wjazdowej o prawie 50 km. Po drodze jest kilka punktów widokowych oraz małe muzeum pokazujące ruiny pierwotnych osad w tym regionie. Jak to mówią "szału nie ma i dupy też nie urywa", nie jest to przystanek obowiązkowy, ale kilka ciekawych informacji można zaczerpnąć.

gc2.jpg
W miasteczku jest oczywiście wszystko co potrzeba: informacja turystyczna, bary, sklepy, kafejki, restauracje, hotele, kempingi, pralnia, prysznice i kilkanaście punktów widokowych. Wszystko oczywiście w odpowiedniej "wielkokanionowej" cenie. Po miasteczku jeżdżą darmowe autobusy. Dojechać można nimi wszędzie i nie trzeba martwić się o miejsca parkingowe. Muszę przyznać, że jest to świetnie zorganizowane. Poza tym można oczywiście wszędzie jeździć swoim własnym pojazdem, rowerem, hulajnogą lub przemieszczać się pieszo. Od przystanku Bright Angel Trailhead na zachód poruszać się można już tylko i wyłącznie pieszo, rowerem lub autobusem. Tu rozciąga się 13-kilometrowy szlak widokowy na Kanion wiodący aż do Hermit's Rest, najbardziej wysuniętego na zachód schroniska na południowej stronie Kanionu. Pierwotnie wybudowany przez Louisa Boucher, kanadyjskiego poszukiwacza przygód, w 1891. Boucher miał tam samotnie mieszkać (skąd nazwa "hermit") przez około 20 lat. W tym czasie wybudował pierwszy szlak na dno kanionu i był przewodnikiem dla pierwszych turystów oraz innych odkrywców. Jest to również ślepy zaułek, także po dotarciu tutaj trzeba niestety zawrócić.

gc3.jpg
Punkty widokowe na szlaku wiodącym do Hermit's Rest ukazują widoki zapierające dech w piersiach i pozwalające napawać się Kanionem przez co najmniej dwie, trzy godziny. Trasę tę można przejść w całości pieszo, lub wspomóc się autobusem kursującym co dziesięć minut. W kolejnych miejscach widać jak rzeka Colorado wyrzeźbiła dno kanionu. Pojawiają się mniejsze lub większe tarasy oraz zupełnie pionowe ściany. Kanion jest tak głęboki, że rzeki właściwie nie widać, znajduje się ona bowiem półtora kilometra niżej. Kolejne punkty widokowe oferują coraz to inną perspektywę, a widoki są hipnotyzujące. Jeśli ktoś nie ma ochoty na większe przygody, na tym zwiedzanie Kanionu może z powodzeniem zakończyć.

Wielki Kanion od podszewki - gdzie spać?


gc4.jpg

Aby lepiej napawać się widokami warto wybrać się na dwudniowy (co najmniej) trek na dno kanionu, aż do samej do rzeki Colorado. To jednak wymaga nieco większej organizacji. Przede wszystkim potrzebne jest pozwolenie na kemping. Po stronie południowej znajduje się jedno obozowisko: Indian Garden mniej więcej w połowie trasy na dół, już na samym dole, ale po stronie północnej rzeki znajduje się Bright Angel Campground. O pozwolenie należy się ubiegać cztery miesiące wcześniej, wypełniając papierowy formularz i wysyłając go albo pocztą albo faxem… tak, faxem… Ameryka… XXI wiek! Jeśli ktoś ten termin przegapił, można formularz wysłać mimo wszystko, będzie on wzięty pod uwagę, jeśli zostaną wolne miejsca. Dla kompletnych spóźnialskich i ignorantów takich jak my, istnieje ostatnia szansa na zdobycie pozwolenia w przeddzień planowanego treku, pod warunkiem, że wolne miejsca są jeszcze dostępne. W tym celu należy udać się do Backcountry Office jak najwcześniej (8 rano) gdzie wydawane są pozwolenia według zasady "kto pierwszy, ten lepszy". Bez względu na sposób ubiegania się, przyjemność taka kosztuje 10 USD za pozwolenie, plus 8 USD za osobę, za noc. Wszelkie szczegółowe informacje oraz formularze znajdziecie na stronie Praków Narodowych.

Wielki Kanion od podszewki - co zabrać?


gc6.jpg

Ci, dla których miejscówek nie wystarczyło, dostają numerek na kolejny dzień. Znów trzeba przyjść o 8 rano, ale ma się chociaż kolejkę zarezerwowaną w pierwszej 10. Szczęśliwi posiadacze pozwoleń zostają zaproszeni na krótki instruktaż. Ranger wyjaśnia dokładnie wszelkie zasady bezpieczeństwa i udziela rad praktycznych. Myślę, że warto to wziąć pod uwagę, zwarzywszy na fakt, że średnio raz w tygodniu helikopter kogoś odratowywuje mniej lub bardziej skutecznie. Nie jest to łatwa trasa, nie jest też zabójcza (ja dałam radę), ale przypadki śmierci przez odwodnienie lub zawał (tu głównie panowie powinni się martwić) zdarzają się regularnie. Oczywiście punkt podstawowy to zaopatrzyć się w odpowiednie zapasy wody oraz słonych przekąsek. Należy również zabrać ze sobą prowiant. Nie warto się przeładowywać, ponieważ jest tak ciepło, że szybko można stracić apetyt. Na dole kanionu jest restauracja, która serwuje obiad do woli, jednak na kolacje wymagana jest rezerwacja co najmniej dzień wcześniej. Nie warto również zabierać zbyt grubych śpiworów. Różnica temperatur między górą a dołem kanionu wynosi około 10°C i w nocy wcale mocno nie spada. My pod koniec kwietnia spaliśmy zupełnie bez śpiworów, które jednak przytachaliśmy ze sobą. Jak się okazało, po nic.

Wielki Kanion od podszewki - który szlak wybrać?


gc5.jpg

Zanim wyruszymy w trasę warto ją przemyśleć i dobrze zaplanować. Warunki atmosferyczne są zmienne i należy się do nich dostosować. My wiosną mieliśmy warunki praktycznie letnie, było ciepło i słonecznie, a punkty z wodą pitną na trasie jeszcze nie otwarte. W związku z tym wybraliśmy South Kaibab Trailhead na zejście, ponieważ jest dłuższy, cięższy i jest na nim mniej punktów rawitalizacyjnych. Aby zdążyć przed południowymi upałami, postanowiliśmy wyruszyć o wschodzie słońca. Nasz cel to 6 rano na linii startu, bo o tejże godzinie jest pierwszy autobus. Niestety, problem z autobusem, który miał nas dowieźć na szlak, a który nie przyjechał, sprawił, że rozpoczęliśmy marsz o 7 rano. Już godzinę później, dobrze obudzone słońce zaczęło nas nieźle grzać. Przerażeni wizją marszu w 35 stopniach i palącym słońcu, jeszcze bardziej przyspieszyliśmy kroku. Inspirowali nas, co tu dużo mówić, wariaci po prostu, biegnący po szlaku i robiący rundkę góra-dół-góra w ciągu jednego dnia. Jest to zdecydowanie odradzane przez lokalne władze ale podobno do wykonania, bo nawet Interameryka dał radę. Ja się jednak cieszę, ze rozłożyliśmy to na dwa dni, bo o ile zejście było banalne o tyle wejście dało mi mocno w kość.

W czeluściach Wielkiego Kanionu…


gc7.jpg

Na dole faktycznie zastało nas 35 stopni w cieniu (50 w słońcu) i zero wiatru. Ostatnia godzina marszu była wyjątkowo trudna. Kiedy tylko zobaczyliśmy wodę rzeki Colorado, nie mogliśmy się doczekać kiedy do niej wskoczymy. Zejście do dna kanionu zajęło nam troche ponad 4 godziny więc jeszcze przed południem rozbiliśmy namiot i poszliśmy się schłodzić w strumyku Bright Angel Creek. A ten, jak to górskie strumyki miewają, kontrastował zdecydowanie z temperaturą powietrza. Nie chcę kłamać, bo nie mierzyłam temperatury wody, ale na moje miała co najmniej -500 stopni. Nie sposób było się tam wykąpać. W rzece Colorado, jak się okazało, nie można pływać ze względu na zbyt silne prądy. Została tam wydzielona tylko malutka plaża, w sam raz aby się zanurzyć na szybko.


gc8.jpg

… i powrót na górę.

Chyba nie muszę mówić jak nam upłynął dzień. Poszliśmy zwiedzić okropnie drogą restaurację i hotel, zrobiliśmy rundkę nad rzekę, pochlapaliśmy się wodą, drzemnęliśmy ze dwa razy, zjedliśmy obiad i kolację i o zachodzie słońca, już byliśmy w łóżeczkach. Tzn w śpiworkach. Pobudka przewidziana na 4.30, kiedy to zaczyna świtać. W półmorku zwijaliśmy obóz i przed piątą wyruszyliśmy. Trzeba przyznać, iż droga powrotna była dużo cięższa. Patrząc w górę nie widać było końca. To co w pewnym momencie uznaliśmy za brzeg kanionu, okazało się być tarasem, mniej więcej w połowie drogi. Półtora kilometra w górę, to naprawdę bardzo dużo…! Dużo częstsze przystanki i przerwy oraz dwa razy wolniejsze tempo sprawiały, że trasa wydawała się nie kończyć. Na całe szczęście dla nas, zmieniła się pogoda i przyszedł zimny front. Było wciąż słonecznie, ale czym wyżej wchodziliśmy, tym bardziej odczuwaliśmy wiatr a temperatura powietrza pozostawała na poziomie przyjemnych 17-18 stopni.

gc9.jpg
Na szczyt dotarliśmy równo o 12, co oznacza, że wejście zajęło nam 7 godzin. 13.5 km szlaku i 1320 metrów różnicy wysokości to nie przelewki. JC, jak na sportowca przystało, wbiegł śpiewająco na linię mety, ja myślałam, że mi nogi zastrajkują i z dupy same wyjdą… Byłam wykończona ale i przeszczęśliwa. To chyba najtrudniejszy trek (zaraz po Emei Shan w Chinach) jaki pokonałam. Na szczycie czekały na mnie pyszne resztki z wczorajszego obiadu i kolacji oraz sok zostawiony specjalnie na tą okazję. Mogłam zdjąć mokrusieńką od potu koszulkę i dać się przewietrzyć przyjemnie chłodnemu powietrzu. Przyrzekłam wszem i wobec, że nie będę nigdzie chodzić przez kolejne trzy dni.


gc99.jpg

Podsumowując, zejście do kanionu nie jest takie straszne jak mówią pracownicy parku. Nie oznacza to jednak, że należy bagatelizować ich rady. Galon wody na osobę to może ciut za dużo, szczególnie jeśli tę wodę można po drodze uzupełnić. My wyposażeni w 5 litrów wody przy zejściu, zużyliśmy tylko 2 litry. Przy wejściu nie uzupełnialiśmy butelki galonowej do pełna bo wiedzieliśmy, że wodę będzie można po drodze dopełnić, a bez sensu 4 dodatkowe kilogramy nosić. Na trasie Bright Angel punkty rawitalizacyjne są dość często, warto więc z nich korzystać. Przed wyruszeniem w trasę należy skonsultować z Rangerem czy i które stacje i schroniska funkcjonują, jaka jest pogoda (ciepło i słonecznie więcej wody, chłodno i pochmurnie, niej wody) oraz przeanalizować jaka jest Twoja kondycja.
Pomimo, że zejście na dno kanionu to już nie wyprawa życia, jak za czasów Boucher'a, ale wciąż jest to najlepszy sposób na dogłębne poznanie i podziwianie tego geologicznego unikatu!


DSC08013.jpg

Comments

  • No comments available

Add a comment